Post has attachment

Post has attachment

Dla wielu jednak ten rok przyniesie szczęście w karierze oraz stabilność materialną. Najważniejsze to to by nie uciekać od odpowiedzialności i dokonywaniu wyborów. Dla wielu kobiet nadchodzący rok będzie mimo wszystko czasem poświęconym w dużej mierze dla domu, rodziny i miłości. Kobiety powinny starać się wyglądać dobrze,dbać o swój wygląd by mogły czuć się pewniej siebie.

Post has attachment
POZERZY

Adam już wie, że wszystko zepsuł, że coś zrobił nie tak, że przestał być tym, kim miał być. To nie jest kwestia tylko złej decyzji; on zdradził coś istotnego dla swej natury. Odtąd jest skażony, nie ma dawnej siły i wie o tym. A co potem się dzieje? Adam się ukrywa. „Przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się" (Rdz 3,10). Nie potrzeba zajęć z psychologii, żeby zrozumieć mężczyzn. Wystarczy zrozumieć ten wers, niech jego znaczenie wsiąknie w was, a nagle mężczyźni nabiorą wyrazistości. Ukrywamy się — każdy z nas. Doskonale świadomi, że my też nie jesteśmy tymi, którymi mieliśmy być, rozpaczliwie obawiając się zdemaskowania, tego, że ktoś zobaczy nas takimi, jacy jesteśmy i jacy nie jesteśmy, uciekamy w krzaki. Ukrywamy się w swoich biurach, w salach gimnastycznych, za
gazetą, a przede wszystkim za własną postawą. Większość z tego, na co napotykamy, poznając mężczyznę, to fasada, wymyślny listek figowy, cudaczne przebranie. 

Któregoś wieczoru, wracając z przyjacielem z kolacji, rozmawialiśmy o życiu, małżeństwie i pracy. Gdy rozmowa zeszła na głębszy poziom, on przyznał się do pewnych problemów, z którymi się borykał. Nagle wyznał: „Prawda jest taka, John, czuję się tak, jakbym przez całe życie blagował... i boję się, że któregoś dnia zostanę nakryty jako oszust". Byłem niezwykle zdumiony. Jest znany i odnosi sukcesy, większość ludzi lubi go od chwili poznania. Jest bystry, elokwentny, przystojny i dobrze zbudowany. Ma piękną żonę, wspaniałą pracę, jeździ nowym dżipem, mieszka w wielkim domu. Na zewnątrz nie ma w nim niczego, co mówiłoby: „To nie jest prawdziwy mężczyzna". Ale wewnątrz — to zupełnie inna historia. Zawsze tak jest. 

Inny przyjaciel, zanim wspomniałem o swoim nocnym koszmarze, w którym jestem na scenie i nie mogę nic z siebie wydusić, wyznał mi, że także jemu śni się co jakiś czas ten sam sen. Dotyczył morderstwa i FBI. W swoim śnie prawdopodobnie kogoś zabił i zakopał ciało z tyłu domu. Jednak policja jest już blisko i on wie, że w każdej chwili odkryje jego zbrodnię i zostanie złapany. Sen kończy się zawsze tuż przed zdemaskowaniem go. Budzi się zlany zimnym potem. „Któregoś dnia zostanę nakryty", to bardzo powszechny motyw wśród nas, facetów. Prawdę powiedziawszy, przez całe życie blefujemy. Wybieramy tylko te walki, które, jak sądzimy, wygramy. Tylko te przygody, z którymi na pewno sobie poradzimy, i tylko te Piękne, które z pewnością uratujemy. 

Pozwólcie, że zapytam tych z was, którzy nie znają się na samochodach: jak rozmawiacie ze swoim mechanikiem? Mało znam się na naprawie auta i kiedy stoję obok mechanika, czuję się jak palant. Więc co robię? Blefuję, pozuję. Przyjmuję niedbałą, zdawkową postawę, jak faceci, którzy kręcą się przy ciężarówkach. I czekam, co on powie. „Wygląda, że coś jest nie tak z mieszanką paliwa", mówi.„Taaaa, tak myślałem, że to może być to". „Kiedy ostatnio robił pan karbo?". „No, chyba już lata temu". (Zgaduję, że chodzi mu o karburator, lecz nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek był ruszany). „To lepiej zróbmy go teraz, bo inaczej utknie pan na jakiejś wiejskiej drodze i będzie musiał pan zrobić go sam". „Taaa", mówię niedbale, jakbym nie chciał zawracać sobie głowy naprawą karburatora, chociaż nie miałbym pojęcia, od czego zacząć. Wszystko, co mam, to gwizdek. Pamiętacie? Zatem mówię, żeby przystąpił do dzieła, a on wyciąga do mnie swoją wielką usmarowaną łapę, która krzyczy:„Jestem za pan brat z narzędziami". No i co mi pozostaje? Jestem ubrany w marynarkę i krawat, ponieważ podczas lunchu mam wygłosić mowę dla kilku kobiet, ale nie mogę powiedzieć: „Fe, nie chciałbym sobie teraz brudzić rąk", zatem ściskam tę dłoń i potrząsam nią nadzwyczaj mocno. 

A co z naszymi kumplami, którzy pracują w firmach: jak się zachowujecie w biurze szefa, gdy rośnie temperatura? Co mówicie, gdy Wielki Szef was objeżdża? „Jones, co u diabła się dzieje w waszym dziale? Twoi ludzie spóźniają się z robotą już trzy tygodnie!" Czy próbujesz odbić piłeczkę? „Właściwie, proszę pana, przekazaliśmy już wszystko do działu McCormicka parę tygodni temu". Czy udajesz niewiedzę? „Naprawdę? Nie miałem pojęcia. Natychmiast się za to biorę". A może chcesz go nabrać: „Sprawa zamknięta... skończyliśmy ją w tym tygodniu". Parę lat temu pracowałem przez jakiś czas w tym świecie. Szefem był naprawdę groźny gość. W jego biurze spadło wiele głów. Moim zamiarem było unikanie go za wszelką cenę; kiedy wpadałem na niego na korytarzu, to zawsze, mimo że rozmowa była „przyjacielska", czułem się później starszy o jakieś dziesięć lat. 

A co ze sportem? Kilka lat temu zgłosiłem się, aby zostać trenerem w zespole baseballowym mojego syna. Przed sezonem odbywało się spotkanie organizacyjne wszystkich trenerów, którzy mieli pobrać sprzęt i wysłuchać „instrukcji". Wydział rekreacji sprowadził zawodowego miotacza, będącego już na emeryturze, chłopaka stąd, żeby wygłosił jakąś zachęcającą mowę. Pozerstwo, jakie tam widziałem, było wprost niesamowite. Grupka łysiejących tatusiów z piwnymi brzuszkami wałęsała się to tu, to tam, rozmawiając o czasach, gdy sami grali w baseball. Rzucali komentarze na temat pewnych graczy, których jakoby znali osobiście, i spluwali na ziemię (nie żartuję). Odchodziło tam takie lanie wody, że żałowałem, iż nie wziąłem kaloszy. Była to ekipa największych pozerów, jaką spotkałem w życiu... poza kościołem. 

Podobne zachowanie można obserwować na spotkaniach w niedzielne poranki. Tylko tutaj mamy inny zestaw graczy. Dave wpada na Boba w kruchcie kościoła. Obaj na ustach mają przyklejony uśmiech szczęścia, choć żadnemu z nich nie jest do śmiechu. „Cześć, Bob, jak się masz?" Bob dopiero co wściekł się na żonę i jest gotów ją zostawić, ale mówi: „Wspaniale, Dave, po prostu wspaniale. Pan jest dobry!". Z kolei Dave już od lat, odkąd zginęła jego córka, nie wierzy w dobroć Boga. „Taaa, Bóg jest nieustająco dobry. Tak się cieszę, że tu jestem i mogę chwalić Pana". „Ja też. Będę się za ciebie modlił!" Chciałbym zobaczyć stosunek modlitw naprawdę odmówionych do modlitw obiecanych. Założę się, że byłoby to jakieś 1:1000. „A ja za ciebie. No, muszę już lecieć! Trzymaj się!" „Trzymaj się" to nasz sposób komunikowania: „Mam dość tej rozmowy i chcę się stąd wynieść, ale nie mogę być niegrzeczny, zatem muszę powiedzieć coś miłego i sensownego", ale tak naprawdę Dave ma Boba w nosie. 

Fragment z Książki: Dzikie serce tęsknoty męskiej duszy

Post has attachment
POPRAWNA KOMUNIKACJA UCZUCIOWA TO NIE MANIPULACJA

Myślę, że w tym miejscu nie od rzeczy będzie krótkie omówienie zasad poprawnej komunikacji. Komunikacja ma pogłębiać więź, czyli komunię osób. Nie jest (a w każdym razie nie powinno być) jej celem pokonanie kogokolwiek, wygrywanie, udowadnianie winy. Komunikacja, czyli porozumienie, powinna co prawda dotyczyć stanu uczuć i o nich informować, lecz musi opierać się na argumentach rozumowych. Argumenty uczuciowe w postaci łez kobiety czy agresji mężczyzny mogą „przechylić szalę zwycięstwa", ale z pewnością nie spowodują efektów pożądanych w budowaniu jedności małżeńskiej. Przeciwnie, męskie uleganie „wbrew logice" łzom żony czy kobiece uleganie - ze strachu przed rosnącą agresywnością męża, wyrażaną choćby krzykiem, powoduje uczuciowe oddalenie. Rodzi zniechęcenie, rozdrażnienie, a nawet bunt.

Mówiąc o zasadach poprawnego porozumiewania się i tym samym budowania jedności, muszę zrobić ważne zastrzeżenie. Dziś dość często sposoby, a nawet techniki komunikowania się wykorzystywane są, by... zmanipulować rozmówcę. Na przykład: jak dyrektor ma rozmawiać z podwładnym lub petentem, by ten - załatwiony odmownie - odniósł wrażenie, że dyrektor jest wspaniałym człowiekiem, lecz naprawdę w jego sprawie nie mógł niczego uczynić. Jak rodzice mają rozmawiać z dziećmi, by one realizowały nie swoje powołanie, lecz oczekiwania rodziców (jakże często wygórowane, nieosiągalne dla dziecka, czy wręcz błędne i w efekcie szkodliwe). Można nawet znaleźć praktyczne porady typu: jak rozmawiać z policjantem, by po wykroczeniu nie zapłacić mandatu, a jak z nauczycielem, by ochronić swe dziecko przed karą po chuligańskim wybryku. Zaznaczam więc raz jeszcze, że podawane poniżej zasady komunikowania się mają służyć budowie dobrej relacji osób, a nie dla wygrywania, pokonywania czy manipulowania.

Fragment z Książki: Ewa czuje inaczej

Post has attachment
MĄŻ W KUCHNI

Nauka, jaka płynie z przykładu Gianniego i jego żony, nie potrzebuje wielu słów komentarza. Ich styl życia jest nieco szczególny, może jednak wiele nauczyć każde małżeństwo. W istocie życie rodziny jest - jak ktoś napisał -„mikrokosmosem", małym wszechświatem, o tysiącach aspektów, tysiącu różnych działań i zainteresowań. Angażując się w nie z pasją i więzią miłości, mąż i żona mogą znaleźć źródło twórczego rozwoju swej osobowości oraz przyjemności.

Chodzi o styl życia w pełni zgodny z wymogami i wieloma zasadami współczesnej psychologii. Dlaczego - stwierdza się - tylko na żonie ma spoczywać cały ciężar rozlicznych codziennych czynności, podczas gdy mąż przyzwyczaja się do tego, że zawsze znajduje wszystko gotowe i uporządkowane, nie zdając sobie sprawy, ile to musiało kosztować żonę? Dlaczego nie podzielić między siebie zadań, także tych codziennych? Wiele par małżeńskich dzisiaj przyjęło te racje. I gdy żona bierze prawo jazdy i potrafi zaprowadzić auto do naprawy, czy spełnia obowiązki poza domem, które swego czasu zarezerwowane były dla mężczyzny, mąż nie wstydzi się założyć fartucha, aby zamieść dom, wyczyścić zlewozmywak czy zmienić pieluchy dziecku. Z tego może zrodzić się owa organizacja domu „oparta na radości", która jednoczy dwoje małżonków także w tej szarzyźnie życia codziennego i czyni każdy jej aspekt łatwiejszy dzięki pomysłowym zastosowaniom, aby nie ciążyła ona na duchowych potrzebach pary małżeńskiej, ale im sprzyjała.

Fragment z Książki: Jak pokonywać trudności małżeńskie

Post has attachment
CIESZYĆ SIĘ DZIEĆMI

Jak co roku zorganizowaliśmy naszym dzieciom (chłopiec piętnaście lat i dziewczynka trzynaście lat) atrakcyjne wakacje. Syna wysialiśmy na obóz piłki nożnej, a córkę na kolonie z możliwością trenowania gry w tenisa. Oboje są bardzo wysportowani i ciekawi świata, może właśnie dlatego, że już od najmłodszych lat staraliśmy się, aby dbali o kondycję. Razem wyjeżdżali również na obozy językowe, nad morze i w góry. Zawsze mogli powrócić do miejsc, w których już raz byli, aby spotkać swoich starych wakacyjnych przyjaciół. Dzieci są bardzo zadowolone, w przeciwieństwie do dziadków, którzy mają żal do mojej żony i zarzucają jej, że nie do końca jest dobrą matką. Ich ulubionym argumentem jest ten, że nie umiemy cieszyć się dziećmi i wysyłamy je z domu, by móc zajmować się swoimi sprawami. To prawda, że po bardzo „ rodzinnej " zimie, jesteśmy szczęśliwi, gdy możemy pobyć trochę sami niczym zakochani. Sądzę, że to dobrze wpływa na funkcjonowanie całej rodziny. Co do „ cieszenia się" dziećmi, to nasi rodzice „cieszyli się" za bardzo, będąc wręcz natrętni ze swoim uczuciem, niewiele przy tym troszcząc się o nasze zainteresowania.  
Carlo, Turyn

Nie sądzę, żeby „cieszenie się" dziećmi, czyli radość z ich obecności i wzrastania, mogło być czymś złym. Myślę jednak, że bardzo ważne jest, by zwrócić szczególną uwagę na to, w jaki sposób się to odbywa. Co sprawia nam przyjemność? Jeśli ich szczęście, wzrastanie, wewnętrzne ubogacenie oraz to, czym żyją, to w porządku. Jeśli natomiast sprawiają nam radość jedynie dlatego, że wypełniają naszą wewnętrzną pustkę, to gorzej. A jest tak wówczas, gdy rodzice cieszą się nimi niczym cenną rzeczą, będącą ich własnością: jakże mamy piękne i inteligentne dzieci! Z Pańskich słów wynika, że Pana rodzice i teściowie rozumieją radowanie się dziećmi właśnie w ten drugi sposób. Nawet jeśli tak Was wychowywali, to — jak to się czasem mówi: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu możecie teraz przeżywać swoje rodzicielstwo (a także Wasz związek) w zupełnie inny sposób, z większą świadomością tego, że relacje z dziećmi mają służyć przede wszystkim ich dobru, a nie stanowić dla rodziców narzędzie rekompensaty za życiowe utrapienia. Troska o szczęście dzieci wyczuliła Państwa na to, by nie być rodzicami zaborczymi, którzy pozbawiają dzieci ich własnego życia tylko po to, by wypełniły życiową pustkę rodziców. Świetnie, że dbacie o wzajemną fascynację. Uzupełniając „miłosną energię", dajecie dzieciom piękny przykład, który będzie miał ogromny wpływ na budowanie oraz kształt ich własnych, szczęśliwych rodzin. Kiedy w związku zaczyna dominować oschłość na skutek przygasania fascynacji partnerem, wówczas można czerpać radość i entuzjazm do życia z obecności dorastających dzieci. Troska o wzajemną miłość, wspólne pasje i zainteresowania w związku są najlepszym lekarstwem na małżeńską nudę. Warto pamiętać, że takie wakacje, spędzone w gronie rówieśników, wymagające również od Waszych dzieci dużej samodzielności i zaradności, mają także swoje ujemne strony. Mam tutaj na myśli niebezpieczeństwo nadmiernego zdystansowania się od doświadczeń dzieci. Nieistotne, jak wiele dni spędzicie ze swoimi dziećmi. Do tego jednak, by okazać im prawdziwą miłość, a mianowicie taką, która jest zdolna do wyrzeczeń dla dobra dzieci, nie potrzeba wcale dużo czasu. Ważne, by w domu (pomiędzy jednym obozem a drugim) znalazły ciepło i uczucie, nawet jeśli spędzą całe dnie na opłakiwaniu przyjaciół, których dopiero co zostawiły. 

Fragment z Książki: Sztuka Ojcostwa

Post has attachment
TRZY SKŁADNIKI PROCESU POROZUMIEWANIA SIĘ

Każda, przesyłana w procesie porozumiewania się, wiadomość składa się z trzech składników: treść słowna, ton głosu oraz sygnały niewerbalne. Możliwe jest przekazywanie wielu zupełnie różnych wiadomości przy użyciu tych samych słów czy zdań. Zadając to samo pytanie, a zmieniając jedynie ton głosu lub ruchy i ułożenie ciała, możemy przekazywać nawet całkiem odmienne informacje. Po to, aby prosta informacja mogła być przekazana i poprawnie odczytana, owe trzy składniki muszą się uzupełniać wzajemnie. Badania prowadzone w tej dziedzinie wykazują, że na pełną informację składają się: 7% to treść słowna, 38% to ton głosu i 55% to sygnały niewerbalne.

Często przesyłamy niejasne komunikaty, gdyż informacje zawarte w trzech składnikach wiadomości przeczą sobie nawzajem. Kiedy np. mąż mówi do swojej żony czułym głosem: „Skarbie, kocham cię" przez cały czas czytając gazetę, to czy ona mu uwierzy? Jeśli kobieta zapyta swego męża: „Jak minął dzień?" tonem głosu nie wskazującym wcale na jej zainteresowanie, mijając go w przedpokoju, to co będzie silniej oddziaływać, informacje werbalne czy niewerbalne?

Mąż wychodząc z domu do pracy podchodzi do żony, uśmiecha się, przytulają, całuje i ciepłym głosem mówi: „Naprawdę, kocham cię." Ona czuje się zadowolona i uczucie to pozostaje w niej jeszcze po wyjściu męża z domu. Kiedy jednak zobaczyła gazetę na Środku pokoju, rozrzuconą na łóżku piżamę, brudne skarpetki przy fotelu, nie zakręconą tubkę z pastą do zębów w umywalce - jej dobry nastrój pryska. Mówiła mu już wielokrotnie, jak ważne jest dla niej, aby sprzątał po sobie. Kiedy obarczają tym zadaniem, staje się ono dla niej dodatkową pracą, na którą nie ma czasu i ochoty. Niestety, znowu zostawił bałagan. Wierzyła mu, kiedy wychodził do pracy, ale teraz zastanawia się: „Czy on naprawdę wie, co mówi, i czy rzeczywiście mnie kocha? Dlaczego nie okazuje tego, sprzątając po sobie? Ciekawa jestem, czy rzeczywiście mnie kocha." Zachowanie męża-pozostawienie bałaganu pomimo wielokrotnych próśb żony, aby tego nie robił - pozostaje w sprzeczności z informacją o jego miłości do niej.

O niewerbalnym przekazywaniu informacji dr Mark Lee tak pisze:
Problemy w małżeństwie mogą być spowodowane istnieniem nie satysfakcjonującego niewerbalnego porozumiewania się. Różnorodność tonu głosu jest istotnym nośnikiem treści. Świadomie i nieświadomie nadajemy pewne znaczenie brzmieniu czyjegoś głosu. Zazwyczaj umiemy określić emocje kogoś, kto mówi do nas. Robimy to, biorąc pod uwagę: natężenie i barwę głosu, tempo mówienia lub podniesiony ton. Potrafimy określić szczerość lub nieszczerość, przekonanie lub jego brak, prawdziwość lub fałszywość większości zdań, które słyszymy. Kiedy rośnie natężenie głosu i pojawia się on w wyższych rejestrach, słowa nie będą miały tego samego znaczenia, jak wtedy, gdy wypowiadane zostają delikatnie, głosem występującym w niższych rejestrach. Wysoki, głośny, mający szybkie tempo i chropowatą barwę głos będzie prawdopodobnie świadczył o takim poziomie emocji, który bardzo zmieni słowną treść komunikatu. Sposób, w jaki informacja została dostarczona, będzie rejestrowany przez słuchacza bez trudu. Osoba, która wysyła wiadomość, ma natomiast tendencję do przypominania sobie bardziej tego, co powiedziała niż tego, w jaki sposób to zrobiła. 

Istnieje wiele przyczyn, dla których ludzie słuchają tego, co mówią inni. Niektórzy robią to, aby zebrać fakty, informacje czy szczegóły - Inni słuchają, gdyż żałują swego rozmówcy. Odczuwają coś w rodzaju litości. Jeszcze inni słuchają dlatego, że znajdują rozkosz w barwnych opowiadaniach o niepowodzeniach i trudnościach innych ludzi. Istnieją również i takie sytuacje, w których ludzie słuchają bez żadnych zobowiązań, potrzeby czy konieczności bycia kulturalnym. Ktoś, kto słucha, jest podróżnikiem, który ma nieustanną potrzebę poznawania i badania od wewnątrz życia innych ludzi. Niektórzy słuchają, gdyż troszczą się o innych. A dlaczego my słuchamy? Jakie są nasze motywy? Słuchanie, które pojawia się w wyniku czyjejś troski, buduje bliskość, odzwierciedla miłość i jest przejawem wdzięczności. Wrażliwe słuchanie to droga, po której idąc dojdziemy do intymności. Zbyt często wewnątrz nas leży nie wykorzystany, jak złoże nie wydobywanego złota, potencjał, który moglibyśmy wykorzystać do nauczenia się słuchania. Wszyscy mamy w sobie bariery, które utrudniają nam wrażliwe słuchanie. Niektóre z nich są proste, inne zaś bardzo skomplikowane.

Fragment z Książki: Sztuka porozumiewania się

Post has attachment
ŚWIETNIE SIĘ BAWILIŚMY NA BOŻONARODZENIOWYM KONCERCIE

Kochana Julie! 
Jakże ucieszyła mnie wiadomość, że zaczęliście chodzić razem na koncerty i że oboje szczególnie pokochaliście Mesjasza Handla! Jakiż świat otwiera dla nas muzyka! Kiedy coś zrobi na mnie głębokie wrażenie, często mogę tylko powiedzieć: „po prostu nie potrafię wyrazić tego słowami". Muzyka wyśpiewuje to, co nasze słowa chciałyby powiedzieć, ale nie potrafią. Wasza wspólna miłość do pięknej muzyki jest bez wątpienia jednym z największych darów Waszego małżeństwa. Ten dar był dany także i mnie, w niezwykły sposób, gdyż mój mąż i ja dokładnie tak samo kochaliśmy muzykę, przyrodę, sztukę i tak samo reagowaliśmy na piękno. Wspólne przeżywanie doświadczenia z drugą osobą pogłębia je. Gorzko to odczuwam teraz, kiedy jestem sama. Chwile, kiedy słyszę jeden z naszych ulubionych utworów, a nie mogę mego męża trzymać za rękę i patrzeć mu w oczy, są nie do wytrzymania. Rozumiem zatem Twoją radość: wspólne przeżywanie jest o wiele bogatsze i zachwycające niż po prostu przebywanie w jednym pomieszczeniu z kimś, kto przypadkiem robi to samo, co Ty, ale nie przeżywa świadomie tego doświadczenia z Tobą. 

Gdy w muzeum ktoś przypadkiem patrzy na ten sam obraz, co ja, nie przeżywamy tego razem, gdyż nie jest naszym zamiarem przeżywanie doświadczenia wspólnie . Nasze przebywanie tam w tym samym momencie nie jest celowe. Czymś zupełnie innym jest, kiedy Ty i Michael z wyboru patrzycie na coś razem. Tworzy się wtedy trójkąt: ta rzecz i Wy dwoje patrzący na nią razem. (Być może Bóg obdarzy Was łaską posiadania dziecka. Jeśli tak, doświadczycie poczucia wspólnoty szczególnie głęboko, gdy pochyleni nad łóżeczkiem Waszego dziecka, będziecie razem na nie spoglądać). 

Niestety, zbyt mało ludzi prawdziwie przeżywa doświadczenia wspólnie z drugą osobą, będąc w pełni świadomymi celowego przeżywania tego samego razem, znajdując radość zarówno w przeżyciu, jak i w fakcie, że druga osoba również się nim raduje. Wielu małżonków mieszka razem w tym samym domu i jada przy tym samym stole, ale straciło przeżywane niegdyś doświadczenie wspólnoty życia i dusz. Najtragiczniejsze jest to, że niektórzy porzucili nawet nadzieję, iż jest to możliwe. Ich samotność jest niewyobrażalna! Zachęcam Cię do pielęgnowania tego pięknego poczucia wspólnoty między Wami. Słuchanie wspaniałej muzyki jest najlepszym tego sposobem. Platon miał rację: w spotkaniach z pięknem, ludzkiej duszy wyrastają skrzydła. Będę się za Was oboje głęboko modlić w tym świętym czasie Bożego Narodzenia. 
Lily 

Fragment z Książki: Jak kochać po ślubie

Post has attachment
CIĄGLE ŻYWY STRACH EWY

Każda kobieta teraz wie, że nie jest tym, kim miała być zgodnie ze swoim przeznaczeniem. I obawia się, że wkrótce to wyjdzie na jaw jeśli jeszcze nie zostało odkryte - a wówczas zostanie opuszczona. Pozostawiona sama sobie, by umrzeć przez śmierć serca. Oto największa obawa kobiety - osamotnienie. (Czy tak nie jest?) Zamiast znowu zwrócić się do Boga, zmieniając postawę, która w pierwszym rzędzie doprowadziła do naszego kryzysu (zapoczątkowanego przez Ewę, a przez nas powtarzanego do znudzenia), ciągle podążamy tą samą ścieżką, robiąc wszystko, co możliwe, by się zabezpieczyć w tym niebezpiecznym i nieodpowiedzialnym świecie.

A w głębi naszych serc pytanie pozostaje. Bez odpowiedzi. Albo raczej z odpowiedzią, która w sposób tak zły została udzielona nam w młodości. „Czy jestem ładna? Czy mnie dostrzegasz? Czy pragniesz mnie oglądać? Czy jesteś urzeczony tym, co we mnie znalazłeś?". Żyjemy prześladowane przez to pytanie, ale nie zdajemy sobie sprawy, że ono nadal wymaga odpowiedzi.

Gdyśmy były bardzo młode, nie wiedziałyśmy nic o Ewie, ani o tym, co zrobiła, i jaki to wpływ miało na nas. Nie przynosimy pytania naszego serca do Boga i bardzo często, zanim to wreszcie zrobimy, otrzymujemy odpowiedź w bardzo bolesny sposób. Jesteśmy zranione przez danie wiary okropnym rzeczom o sobie. Tak więc każda kobieta przychodzi na świat przygotowana na straszny ból serca.

Fragment z Książki: Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy kobiecej duszy.

Post has attachment
CZY MORALNOŚĆ NIE JEST SPRAWĄ MOJEGO WŁASNEGO SUMIENIA?

Kościół zawsze nauczał, że katolicy, podobnie jak wszyscy inni ludzie, zobowiązani są postępować zgodnie z własnym sumieniem -zarówno w dziedzinie moralności seksualnej, jak i we wszystkich pozostałych dziedzinach. Nie zwalnia to jednak nikogo z równie podstawowego obowiązku kształtowania sumienia w świetle prawdy. Sumienie nie ma prawa samowolnego ustanawiania, co dobre, a co złe. Rolą sumienia jest odkrywanie prawdy o tym, co dobre, a co złe, i poddawanie swych osądów prawdzie, kiedy już zostanie odkryta. Mimo iż w sercu każdego z nas znajduje się wypisane przez Boga podstawowe prawo moralne, nasz osąd często ulega zaburzeniu wskutek grzechu pierworodnego. Chore pożądania potrafią niekiedy zupełnie sprowadzić nas na manowce. Dlatego też człowiek sumienia przyjmuje wskazania Kościoła w dziedzinie moralności jako ogromny dar. Są one najpewniejszą normą kształtowania własnego sumienia zgodnie z prawdą. Zbyt często szafujemy słowem „sumienie", by nadać polor moralności temu, na co akurat mamy ochotę, bez potrzeby oceny naszego postępowania w świetle obiektywnych norm. Zastanówmy się nad tym. Jeśli własne sumienie może autonomicznie określać, co dobre, a co złe, to moralność staje się tym, czym ja chcę ją mieć. Jakim prawem możemy więc zarzucać gwałcicielowi czy seryjnemu mordercy, że jego czyny są złe, skoro jego własne sumienie ocenia je jako dobre? Konieczne jest istnienie obiektywnych norm, które wszyscy jesteśmy zobowiązani przestrzegać. Te obiektywne normy zostały nam dane przez Boga i poznajemy je poprzez nauczanie Kościoła. 

Kiedy jednak to, czego naucza nas Bóg poprzez Kościół, niezbyt nam się podoba, często uciekamy się do prostego wykrętu. Zasłaniając się głosem sumienia wyobrażamy sobie Boga, który akceptuje naszą wolę. Nie jest to jednak prawdziwy Bóg, ale bożek. Nie doświadczymy pokoju ani prawdziwego szczęścia, dopóki nie przyjmiemy woli Bożej co do naszego życia. Na tym właśnie polega nawrócenie serca, którego wszyscy potrzebujemy.

Fragment z Książki: Dobra nowina o seksie i o małżeństwie
Wait while more posts are being loaded