14 Ekstremalne Zawody na Orientację Grassor już za mną. Czekałem na ten rajd, nie ma co ukrywać. Tradycją jest, że zawody odbywają się w najkrótszą noc w roku. Ta co prawda dopiero 21 czerwca, a ciężko jest zorganizować imprezę we wtorek, dlatego już 3 dni wcześniej uczciłem na łonie przyrody letnie przesilenie.

Moja przygoda z Grassorem zaczęła się 3 lata temu. Miało być wtedy po raz ostatni. Start w samo południe, skwar z nieba, trasa przeszacowana, odkrywanie mapy na punktach kontrolnych. To wszystko zniechęciło mnie wtedy. Jednak 2 lata temu pojechałem znowu, ze względu na odcinek specjalny w podziemiach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Rok temu kolejny raz, bo było blisko (w Chojnie). W tym roku do Tuczna wybrałem się, bo po prostu polubiłem Grassora z tymi całymi rysowankami na punktach.

Pobudka o 6:00. I od razu pech - bukłak przecieka. Całe szczęście, że miałem drugi. O 8:00 podjeżdża Andrzej Urbański i lecimy do Tuczna. Dojeżdżamy przed 10:00, więc udaje nam się jeszcze zobaczyć start trasy 100 km, na której w tym roku odbywały się Mistrzostwa Polski na tym dystansie. W bazie załatwiam formalności, ostatnie sprawdzenie ekwipunku i na start na zamek. Krótka odprawa i rozdawanie map. A one są super wydrukowane, na takiej jakby ceracie. Nieprzemakalne, nie drące się, ich zgięcie nie zostawia żadnych śladów. Pełna profeska! Na mapie tylko dwa punkty kontrolne, ale decyzja może być tylko jedna - przelot na wschód do PK1, by od razu na początku zaliczyć Odcinek Specjalny. Startujemy o 11:00. Biegnie się dobrze, ale już po 2 km muszę ściągnąć bluzę, którą bezsensu ubrałem i będę taszczył zbędne ciężary w plecaku do końca. W dodatku zatyka mi się bukłak, ale później (już po zaliczeniu OS) znajdę przyczynę i do mety będzie wszystko w porządku.

Na PK1 pierwsze odkrycie mapy. Upewnia mnie to, że dobrze wybrałem początek, bo odkrywam tylko PK4, czyli start OS. Co prawda lekko skrewiłem w tym momencie, wybierając przejście przez łąkę, zamiast skrajem lasu, przez co pierwsze zamoczenie butów i nadplanowe metry mam już za sobą. Do OS jednak idzie bezbłędnie. Na jego starcie otrzymuję nową mapę i nową kartę startową. Rozpoczynam od podziemi, gdzie na rajdowców czekają cztery punkty kontrolne i ok 800 metrów dawnych korytarzy łączących bunkry tego odcinka Wału Pomorskiego (Grupa Warowna Góra Wisielcza).

Nie zabrałem czołówki tylko małą latereczkę do ręki. Raz że mniej waży, dwa że starczy na taki krótki podziemny odcinek, a trzy że założyłem sobie, że choćbym umierał to na metę dojdę za dnia. Podziemia fajne, punkty łatwe i raz dwa wracam na górę. Czas na pozostałe dwanaście punktów OS. Na początek łapię dwa najbliżej startu (PK 6 i 5), chociaż trochę się zamotałem. Potem punkt najdalej na zachód (PK10) i pętla od południa (w kolejności 9, 8, 11, 12, 18, 17, 13, 14, 7). W czasie łażeniach po tych terenach wyobrażałem sobie jak to wszystko wyglądało w czasie wojny, bez drzew, z kompletnymi bunkrami itp. Podsumowując, bardzo fajny OS. Takie smaczki tylko na imprezach na orientację.

Po skończeniu wracam na dużą mapę i napieram do PK6 przez mega krzaczory, jakieś dzikie róże, jeżyny. Wychodzę z tych chaszczy pocięty kolcami. Tak się kończy skracanie na azymut w takim terenie... Na czwórce odkryły mi się jeszcze PK5 i PK3, ale nauczony doświadczeniem z poprzednich Grassorów wybieram właśnie szóstkę, która jest najdalej na wschód. W połowie przelotu zaczyna padać. Pierwszy z kilku deszczy jakie tego dnia mnie spotkają. W dodatku jestem w gęstej trawie pod linią napięciową, więc od razu mam wszystko mokre. Ale do PK6 docieram bezbłędnie. Tam okazuje się, że nic nowego nie odkrywam, więc dalej na wschód już nic nie będzie, zatem spokojnie mogę gnać do PK3. Przydarza się kolejny mały błąd, bo zamiast iść środkiem skoszonej łąki to odbijam niepotrzebnie do skraju lasu. Po 2/3 skracam przez tę łąkę i wychodzę na drogę którą zaplanowałem. Na trójce odkrywam PK8 na południowy wschód, więc wybór może być tylko jeden.

Droga łatwa, ale od południowego zachodu nadciągają czarne, deszczowe chmury. Uciekam więc przed nimi. Oczywiście ciężko to zrobić w tempie w jakim biegnę, ale wzmacniam się tak psychicznie ;) Do ósemki docieram bez problemów, lekko kropi, a na niej odkrywam PK9, 11 i 10. Ten ostatni jest dalej na południowy wschód, zatem właśnie ten punkt wybieram. Wg mapy drogę w linii prostej przetnie mi strumyk i podmokła łąka, więc wybieram dłuższy wariant przez wieś Mielęcin. Na dziesiątce spotykam zawodnika z setki, który przelicza swoje zapasy żywieniowe i wie, że mu to nie wystarczy. Odstępuję mu jednego swojego batonika. Mi jedzenia starczy, jemu się przyda na pewno. Dodatkowo tutaj odkrywa się PK13, znowu na południowy wschód co psuje mi moją koncepcję. Ale cóż zrobić, takie uroki tej imprezy. Na trzynastkę lecę bardzo ładną leśną drogą. Zaczyna mocno padać deszcz, który zmywa ze mnie zmęczenie dotychczasowego wysiłku. Na punkcie już nie pada i odkrywa się ostatni - o numerze 12 (nie odkryty był jeszcze PK7, ale znałem jego położenie dzięki znajomemu, którego spotkałem na starcie OS). Ok, decyduję się zatem na północny zachód, do PK11, potem PK12 i na końcu PK9.

Do jedenastki docieram bez problemów. Teraz zaczęły się schody. Kończy mi się zapas picia, a przede mną jeszcze kilka godzin na trasie, nie jest dobrze. Drugi problem, jak obejść jeziora żeby nie nadłożyć za dużo drogi. Wracam najpierw tą samą drogą, znajduję jakąś zupełnie nieobecną na mapie która prowadzi na południowy zachód czyli tam gdzie chcę. Niestety zrezygnowałem z tego wariantu i to był błąd, gdyż za wzniesieniem była piękna grobla. Robię przez to kolejne nadprogramowe kilometry. W głowie myśli: "Naucz się w końcu większego ryzyka, a mniejszej asekuracji". Na niebie widzę znów czarne chmury i zaczyna grzmieć. W dodatku tuż przed samą dwunastką, zbaczam z drogi na podmokłą łąkę. Brodzę w wodzie po kostki, aż docieram do małego rowu. Ma z metr szerokości, nie więcej, zatem hyc przez niego. Wpadam po pas w wodę... Faaaaaaak! Błyskawicznie wychodzę, na szczęście telefon schowany w kieszeni spodni działa. Co teraz? Przecież nie będę wracał. Po prawej nad rowem leży spróchniałe, przewalone drzewo. Że też wcześniej go nie zauważyłem... Przechodzę przez nie i docieram w końcu do PK12. Na niej jest ratunek - woda w baniakach. Napełniam bukłak. Przez to wszystko zapomniałem podbić karty, ale kij z tym, na mecie się wyjaśni.

Burza już nade mną, ostro leje, a ja przez las idę drogą do PK9. W międzyczasie przeliczam zapasy. 2 żele, 2 galaretki, 1 baton, w plecaku tabliczka gorzkiej czekolady na czarną godzinę. Starczy, chociaż myślę coraz bardziej o porządnym posiłku. Nic to, wyrzucam z głowy myśli o jedzeniu, ściągam czapkę i poddaję się kojącym strugom deszczu. Burza przechodzi tuż przy wyjściu na skraj lasu. W nagrodę ok. 200 metrów ode mnie, na łące gdzie płynęła rzeczka Cieszynka, pojawia się tęcza. Widzę dokładnie skąd zaczyna się. Pojawia się słońce, robi się cieplej. Do dziewiątki dobiegam bezbłędnie. Przez chwilę zastanawiałem się czy jestem na dobrej przecince, ale lustracja terenu i porównanie z poziomicami na mapie upewnia mnie w przekonaniu, że tak. Teraz kilku kilometrowy przebieg do PK7.

Docieram do krajówki nr 22, 1/3 drogi do siódemki za mną. Tutaj przeoczam drogę w las i chcąc nie chcąc udaję się na skraj tegoż lasu. Biegnę zarośniętą drogą, przeskakuję nad większymi kałużami i połykam metry. 10, 20, chlup chlup, 300, 400, chlup chlup w butach. Ale słońce świeci, jest przyjemnie ciepło, ptaki śpiewają, łąka paruje po burzy. Pięknie. Osiągam w końcu 2/3 trasy, teraz przez las wyjątkowo dobrze utrzymaną drogą szutrową. Mam wrażenie, że robię kolejne dodatkowe kilometry. Na PK7 zdecydowałem się najść od południa. Tuż przed punktem będzie bagno po lewej i strumień po prawej. Pomiędzy nimi czysta przestrzeń lasu. Tyle wynika z mapy. W praktyce bagno jest wszędzie. Jakieś 500 metrów przed tym newralgicznym miejscem mijam zawodnika, który potwierdza i mówi, że jest porażka. Myślę sobie, że tak źle nie będzie, ale oczywiście myśli w których jest wszystko co najgorsze oraz wspomnienia z bagien przez jakie w życiu na rajdach przechodziłem zagłuszają te pozytywne. Cóż... zagłębiam się w ten teren.

Skaczę od kępy do kępy, po zatopionych gałęziach, jak najbliżej drzew, gdzie zawsze jest twarda nawierzchnia. Dochodzę do strumyka, ale w koło pełno błota, nawet nie chcę sprawdzać jak głębokiego. Zbieram więc kilka większych gałęzi i rzucam przez tenże strumień. Przechodzę bez problemu, drewno wytrzymało. Jestem już w połowie drogi. Dalej znowu skoki przez kępy, ale widzę już inny drzewostan (brzozy, dęby), który nie rośnie na podmokłym terenie, więc to znak, że już za chwilę wyjdę z bagniska. No i udało się. Przebrnąłem ostatnią przeszkodę w dniu dzisiejszym.

Siódemkę znajduję szybko. PK5 jest bliziutko, tuż przy drodze, także łykam ostatni żel i w długą. Doganiam jeszcze 2 zawodników z mojego dystansu, przestrzelamy piątkę, ale szybko się mityguję i wracam. Oni jednak nie zareagowali na moją radę, więc nie czekam na nich. Wbiegam w wąwóz, endorfiny znowu wlewają się w żyły. Jeszcze jeden punkt i meta, już blisko. Dobiegam do domostw Tuczna Drugiego. Nie widzę drogi na północ, która miała być między domami, zatem azymut i przez pole. Znajduję jary z opisu, ale stwierdzam, że łatwiej będzie namierzyć punkt z dołu. Jestem przy czterech jarach, wg mapy PK2 jest na drugi wzniesieniu od prawej patrząc od strony brzegu jeziora. Wchodzą na nie, a to potężne podejście. Na górze okazuje się, że punktu tam nie ma. Obchodzę cały wielki jar do kolejnego wzniesienia, gdzie trafiam. PK2 zaliczony i teraz do mety.

Biegnę tak szybko jak mogę. Nogi błagają o łaskę, ale jak mus to mus. Na metę wpadam po 10h i 13 min, co daje mi 7 miejsce na 40 startujących. Zwycięzcy mieli czas w okolicy 7h i 30 min, więc czasowo także nie jest tragicznie. Mimo masy większych i mniejszych błędów nawigacyjnych, przez które straciłem jakąś godzinę i narobiłem kilka zbędnych kilometrów, jestem zadowolony. Zresetowałem umysł, a o to przecież chodzi. Odbieram medal, zajadam się żurkiem z jajkiem i kiełbasą, potem biorę gorący prysznic. Na koniec jeszcze jedna porcja zupy, trochę pogaduszek i po 23:00 wyjeżdżamy do domu.

To był bardzo udany dzień. Dobrze przygotowane zawody, wymagająca trasa, świetny OS, punkty z wodą, medal dla każdego. Warto wrócić za rok na Grassora.
Photo
Shared publicly