Działo się to wczoraj. Przyszła wielka amba i zeżarła nam Internet. Ruszyłem na poszukiwania przyczyny i odnalazłem pokój w którym leży nasz AP i switch, do którego jest wpięty. Klasyczne włącz/wyłącz przywróciło go do życia, ale po dojściu do naszego pokoju sytuacja się powtórzyła. Tym razem zniknął nasz AP i sieć w pokoju firmy.

Zabrałem AP, podpiąłem go do laptopa, wydawał się żywy. Zalogowałem się na serwer, który robi sieć (AP nie mają DHCP i innych ustawień kształtujących sieć, po prostu swtiche z antenkami) popatrzyłem po liście interfejsów. Wtedy okazało się, że nie mam pojęcia o większości sieci i postanowiłem zrobić to, co zrobiłby każdy obywatel z wiszącym na ramieniu petentem, wypełniającym Twoje ucho "KIEDY, KIEDY", zresetowałem router.

Zakręciłem się na fotelu, strzałka do góry, Enter. Nie ma ruty do tego hosta, bracie Hm. Uświadomiłem sobie, że router nie wstał, a wraz z nim złożyłem dwa piętra wieżowca.

Napadłem na serwerownię, odpaliłem terminal i... nie mogłem się zalogować na żaden z elementów klustera. Jeden telefon, drugi. Nasz administrator dziś na konferencji. Ręczne odpalenie wirtualek jest możliwe tylko z hasłem roota. Nie mogę się nigdzie wbić, bo nie ma tras, a wszystkie kable walające się po kątach serwerowni nie świecą mi w laptopie i na switchu.

Dobra, trzeba to kopnąć w torbiel. Przytrzymałem guzik zasilania i zabiłem serwer w ruchu. Huraś dla mnie, chyba. Wymyśliłem, że podniosę je w singlu, zmienię hasło, uratuję dzień. Dobiłem się wreszcie do GRUB-a, edytuję linię, puszczam. Idzie pełen system. O nie, zablokowali pewnie żeby nie haksować. Jeszcze raz. vmlinuz-herpderp ingle. Jak to ingle? Single? O, 's' nie działa. Whelp, dlatego nie działało hasło? Dlatego zabiłem maszynę w ruchu.

Kiedy wreszcie przyniosłem własną klawiaturę, postawiłem klaster na kulosy i zbadałem sytuacje okazało się, że żadna wirtualna maszyna nie wstała. Byłem w lesie, bo to drugi raz jak widzę na oczy Citrix Xen. Badam, macam, niet. Biegnę do Żabki po Internet do telefonu. Googlam. Aha, jest błąd: wyłączone w biegu VM mogą się nabawić zatrucia wirtualnym DVD. Wystarczy je odpiąć.

Przy użyciu aplikacji pod Windowsa. Via sieć, która leży i switch, który nie chce moich kabli. Skapitulowałem około 19. O 21 wpadł nasz kochany administrator, posprawdzał i wyszło mu, że licencja Citriksa się skończyła, link wylądował mu w spamie i nawet gdybym stanął na czubkach palców to bym nie sięgnął problemu, bo nie był on w sumie techniczny.

Tak spędziłem czwartek. A pomiędzy 19 a 20 udało mi się jeszcze napisać notkę, którą właśnie kończy odpluskiwać +Bianka Kowalewska.

cc: +Tomasz 'btd' Ziobrowski bo obiecałem.


EDIT: wywrotka sieci i naszego AP została spowodowana przez zwarcie, które trochę napsuło w ustawieniach i spowodowało sianie po podsieci.
Shared publiclyView activity