Zdjęcie profilowe na okładkę
Zdjęcie profilowe
Anna Freud
2 937 obserwatorów
2 937 obserwatorów
O mnie
Wpisy

Wpis zawiera załącznik
Chcieć mniej
W obecnych czasach mamy zbyt wiele możliwości - rzeczy, które możemy robić, którymi możemy się zająć. Dotyczy to pracy, hobby, zadań domowych, kontaktów z ludźmi. Robiąc jedną rzecz mamy wrażenie, że przez to tak wiele innych nam ucieka - bo w danym czasie nie da się zrobić wszystkiego. Nie potrafimy się więc skupić wystarczająco na tej jednej rzeczy, bo myślimy o innych.
Ni skupiając się na danej rzeczy nie robimy jej dobrze, i nie dajemy szansy, żeby robić ją dobrze, ponieważ zbyt szybko porzucamy, żeby móc wykorzystać inne możliwości (skoro tamta nie spełniła oczekiwań).

Ludzie narzekają, że mają tyle rzeczy, które chcieliby robić, ale nie mają na nie czasu. Rozwiązaniem nie jest robić więcej rzeczy, bo każda będzie mniejszym lub większym rozczarowaniem, po krótkiej próbie.

Rozwiązaniem jest mniej chcieć.

Chodzi o to, żeby zdać sobie sprawę z naszych możliwości, ale też ograniczeń. Przede wszystkim szybko upływającego czasu, który nie pozwoli na wiele. Trzeba w takich warunkach ustalić priorytety i realizować wyłącznie te z samego czubka listy.

Co powinno się znaleźć na szczycie listy? Tu można sięgnąć po mądrości osób starszych. Widziałam sporo materiałów, w których przepytywano ich o to, czego w życiu żałują najbardziej.

Wśród tych wypowiedzi dominuje jedna, dość smutna konstatacja. Starsi ludzi najczęściej żałują tego, że spędzali w pracy zbyt dużo czasu, przez co mieli go za mało dla rodziny i swoich najbliższych. Stawiając rodzinę ponad pracą, powinniśmy adekwatnie określić czas jaki będziemy na to poświęcać. Możemy np. ustalić jaka kwota jest niezbędna do funkcjonowania rodziny (takiego podstawowego, bez zbędnych wydatków) i przemyśleć w jaki sposób zarabiać taką sumę (+20 - 30% na oszczędności dla bezpieczeństwa) poświęcając pracy jak najmniejszą ilość czasu.

Drugim z najczęściej wylewanych żali jest brak dbałości o swoje zdrowie gdy się było młodszym. Brak ruchu, ćwiczeń, fatalne nawyki żywieniowe. Młodzi ludzie mają tendencję do bagatelizowania takich spraw, tłumacząc swoją postawę tym, że "na coś trzeba umrzeć", "lepiej umrzeć młodziej, ale będąc szczęśliwym, niż się katować" itp. Później to się zmienia - albo w pewnym momencie zaczynają ćwiczyć, odżywiać się lepiej i przekonują się, że ma to dobry wpływ na ich zdrowie, sprawność fizyczną i umysłową a przy okazji na samopoczucie, albo prowadząc fatalny tryb życia doświadczają jak szybko ich zdrowie podupadło i jak bardzo zmniejszyło to ich komfort życia i w związku z tym żałują, że temu procesowi nie zapobiegli.

Szczęśliwie da się połączyć ruch, ćwiczenia i dbanie o zdrowe odżywianie z czasem poświęconym rodzinie i najbliższym.

Ostatnią rzeczą, ale najobszerniejszą jest hobby - jedna, z tych wielu rzeczy, które możemy robić, ale taka, na której się skupiamy i której poświęcamy dużo naszego czasu. Można mieć jedno hobby, można mieć parę (oby nie za wiele). Lepiej nie nastawiać się na to, że na swoim hobby zarobimy, lub że będzie wystarczającym źródłem utrzymania. Częściej do swojego hobby dołożymy. Ważne, żeby hobby dawało radość i przynosiło satysfakcję.
Hobby może być rzeczą, która będzie zabierać czas poświęcony rodzinie, ale w wielu przypadkach da się go z nią dzielić. Można zarazić swoim hobby najbliższych, lub po prostu spędzać czas blisko siebie, ale zajmując się różnymi rzeczami. Sport czy gotowanie wydają się dość oklepanym hobby, ale wcale nie gorszym niż inne - a można je połączyć z punktem drugim.

Oczywiście większość ludzi działa w systemie: praca/rodzina/ruch/hobby, tylko proporcje między tymi elementami (czas jaki na nie poświęcamy) są bardzo różne. Różne są też warianty w każdym elemencie (ilość i typ np.. Rodzina to mogą być rodzice, rodzeństwo, partner, dzieci, najbliżsi przyjaciele albo miks tych elementów).

Trzeba wybrać co jest dla nas najważniejsze i ustalić proporcje. Jeśli już stwierdzimy, że skupimy się na danej rzeczy (np.. jednym hobby), to nie oznacza, że innych rzeczy nie możemy próbować. Możemy, a nawet powinniśmy - ale liczbę tych rzeczy do spróbowania też ograniczmy. Przemyślmy co chcemy w życiu naprawdę spróbować i przy nadarzającej się okazji róbmy to, a resztę odpuśćmy - przestańmy o tym myśleć, przestańmy tego chcieć, żeby nie odwracało to naszej uwagi od tego co dla nas najważniejsze.

Foto znalazłam wczoraj i mnie zachwyciło. Zamek Dunajec i widok na Tatry. Jeden z celów górskiej wędrówki. Hobby, którym się zaraziłam ;-).
Źródło zdjęcia: http://www.niedzica.pl/39-Zamek_Dunajec_w_Niedzicy #gory #życie #psychologia
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Iluzja końca historii
Mając 20 lat byłam pewna, że nie chcę mieszkać tam, gdzie nic się nie dzieje. Duże miasto to mój żywioł – kluby, koncerty, muzea i fajni, inteligentni ludzie, w trakcie lub po dobrych studiach. Mając 20 lat byłam przekonana, że to się nie zmieni. Że to co podoba mi się w danej chwili, będzie dla mnie tak samo atrakcyjne w przyszłości. 

10 lat mi zajęło zorientowanie się, że duże miasto to nie jest to czego potrzebuję. Że tłumy mnie nie kręcą tylko męczą, że alkohol to kiepska rozrywka, a w muzeum i teatrze byłam po dwa razy i nie uważam, żeby to coś wniosło do mojego życia. Że Ci inteligenci to może IQ mają ponadprzeciętne, ale z mądrością to nie zawsze idzie w parze. I że zamiast imprezować wolę poczytać książkę, wybrać się do lasu na rowerze, albo pospacerować po zielonej okolicy. 
10 lat. Czuję, jakbym ten czas głupio zmarnowała, że ta dobra zabawa to było złudzenie bądź oszukiwanie się. 

Zmian w tym jak myślę, czego pragnę, co robię i z kim robię, przez te 10 lat było znacznie więcej. Ba, zmiany następowały również w tym jak wyglądam (choćby drastyczne różnice w długości i kolorze włosów) i w tym jak się ubieram.

Wydaje nam się, że przez całe życie jesteśmy tą samą osobą. Myślimy tak samo, lubimy to samo, robimy to samo. Wróć. Dostrzegamy zmiany, które zaszły w przeszłości (choć podobno też nie wszyscy), ale uznajemy, że stan aktualny to już ten ostateczny. Że już się rozwinęliśmy, dojrzeliśmy i kolejnych zmian nie będzie lub będą nieistotne. 

Naukowcy wykazali, że takie myślenie jest błędne. Przebadali oni dwukrotnie, w odstępie 10-letnim ponad 3800 osób. Pytali ich o zmiany w przeszłości dotyczące osobowości, wyznawanych wartości i preferencji, oraz zadawali pytania o oczekiwania zmian tego typu w przyszłości. Uczestnicy oczywiście zauważali zmiany w ciągu ostatniej dekady, ale nie spodziewali się wyraźnych zmian w następnej dekadzie. Po 10 latach oczywiście zauważali znacznie większe zmiany niż deklarowane wcześniej.
Warto zaznaczyć, że im starsi jesteśmy, tym te zmiany są mniejsze. Wciąż jednak są większe niż same oczekiwania.

Naukowcy nazwali to zjawisko iluzją końca historii. Skąd się to bierze? Czynników może być kilka. Ludzie czują się bardziej komfortowo wierząc, że znają siebie i że przyszłość jest przewidywalna, wolą też widzieć teraźniejszość jako coś ciągłego. Inną przyczyną może być to, że łatwiej jest sobie przypomnieć przeszłość, niż wyobrazić przyszłość.

Brak wiary w zmiany tego typu ma poważne konsekwencje, zarówno negatywne jak i pozytywne. Ludzie zawierają małżeństwa, budują dom, zaciągają kredyty, przekonani, że za 10, 20 lat wciąż będą kochać z wzajemnością tę samą osobę oraz będą pracować w tym samym zawodzie i w tym samym mieście, zarabiając oczywiście nie mniej niż obecnie. Niektórym się udaje (co nie znaczy, że się nie zmienili). Inni mieszkają wciąż wspólnie tylko z poczucia obowiązku, uwiązani kredytem bądź dla dobra dzieci. Trwają w znienawidzonej pracy z obawy, że nie znajdą innej. Ale i rozwody bywają coraz częstsze, podobnie jak i zmiany pracy i miejsca zamieszkania – nie tylko na inne miasto, ale też inny kontynent.

Pytanie, czy zdając sobie sprawę z tego jak szybko i mocno się zmieniamy, rozwinęlibyśmy się jako społeczeństwo tak bardzo? Czy naukowcy angażowaliby się w projekt zajmujący kilkadziesiąt lat pracy, zdając sobie sprawę z tego, że za kilka lat najprawdopodobniej będą chcieli robić coś innego? Czy poczucie bezpieczeństwa nie zmalałoby drastycznie? Czy ludzie w związkach nie byliby mniej szczęśliwi wiedząc, że to tymczasowe?

Chyba lepiej wierzyć w tę niezmienność ;-).

Źródło badań: http://www.livescience.com/25951-future-change-more-than-expected.html
http://www.psychostat.pl/2015/04/iluzja-konca-historii.html
Foto: http://cosascool.tumblr.com/post/32064838592/two-color-what-happened-to-you-by-magda
#badania   #społeczeństwo   #psychologia  
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Prace, w których nie zarobisz
Osoby szukające pracy przeważnie mają obniżony próg czujności. Albo są zdesperowane brakiem pieniędzy i szukając szybkiego zarobku trafiają na naciągaczy, albo z braku normalnych ofert sprawdzają też takie podejrzane (na zasadzie „pewnie to lipa, ale i tak nie mam co robić, więc mogę przynajmniej zobaczyć o co chodzi”), albo są na początku swojej kariery zawodowej i nie znając rynku pracy, pewne rzeczy uznają za normalne.

W sieci trafić można na oferty pracy, od których lepiej trzymać się z daleka, bo albo się na nich tylko straci pieniądze, albo zarobek będzie tak marny, że nie będzie wart poświęconego czasu, który można przeznaczyć choćby na szukanie od razu właściwej pracy.

Pora na omówienie tych przypadków, niektóre będą się wydawać oczywiste, inne nie całkiem:
[Uwaga, długie, więc może wygodniej będzie przeczytać tu: http://www.psychostat.pl/2015/04/prace-w-ktorych-nie-zarobisz.html ]
Opłata „wstępna”
Chodzi o wszystkie typy pracy, w których zanim zaczniesz pracować, firma żąda od Ciebie jakiejś opłaty. Nie musi być wcale duża. Np. 50 zł za wpis do jakiejś bazy, z której mają przychodzić zlecenia, albo za poradnik jak zarabiać, za instrukcję jak składać długopisy z próbką do ich składania, 200 zł za sesję zdjęciową dla potencjalnych fotomodelek, kilkaset zł za szkolenie przed podjęciem pracy, albo kilka stówek za zakup produktów, które będziesz sprzedawać. 

W 99,9% przypadków tego typu ofert jest to całkowita ściema – firma krzak, która zarabia na rekrutacjach i naiwnych kandydatach, albo akwizycja produktów, w których dominuje sprzedaż osobom wciąganym do takiej piramidki, czyli nie tym, którzy danego produktu potrzebują, tylko takim, którzy go kupią z nadzieją, że komuś odsprzedadzą z zyskiem. Nadzieja umiera szybko, a akwizytor zostaje z gorzkim doświadczeniem i szmelcem za grube pieniądze.

Akwizycja, sprzedaż bezpośrednia, MLM
Praca w akwizycji nie musi się wiązać z wykładaniem kasy przed rozpoczęciem pracy. Najczęściej firma za darmo dostarcza produkty do sprzedaży. Wciąż jednak jest to zajęcie kompletnie nieopłacalne, a często powodujące utratę znajomych i uszczerbek na zdrowiu psychicznym.

Czasem ogłoszenie rekrutacyjne jest mylące. Np. praca biurowa, bez konkretnych wymagań wobec kandydatów lub z takimi, które spełniają wszyscy. Na spotkanie zapraszają wszystkich. Takie firmy wyróżnia tymczasowe biuro (bo to również firmy krzaki, które migrują z lokalu do lokalu) a w korytarzu/poczekalni można spotkać więcej czekających kandydatów, co rzadko się zdarza przy normalnych rekrutacjach. Charakterystyczne jest też to, że nie ma możliwości dowiedzieć się na pierwszym spotkaniu czegokolwiek o zakresie pracy, natomiast każdy kandydat jest przyjmowany (z wyjątkiem tych najbardziej bystrych, którzy na pierwszym spotkaniu za bardzo wypytywali ;-)). Gdy przychodzisz pierwszego dnia pracy okazuje się, że jedziesz z innymi w teren, a praca polega na pukaniu od drzwi do drzwi i wciskaniu badziewia. Tego typu firmy działają najmniej uczciwie (poza tymi, które wyciągają od Ciebie kasę), ale wbrew pozorom nie są na rynku pracy wielkim zagrożeniem. Dlaczego? Bo każdy normalny człowiek szybko orientuje się co się święci i w najgorszym przypadku straci dwa dni ze swojego życia plus koszt dojazdu na rekrutację i pierwszy dzień pracy. 

Gorsze, bo pochłaniające znacznie więcej czasu, są firmy które nie ściemniają przy ogłoszeniach, a oferują zatrudnienie w sprzedaży bezpośredniej, po wcześniejszych darmowych szkoleniach. Układ wydaje się prosty i uczciwy. Firma zapewnia szkolenia i produkt, Ty go sprzedajesz, a im więcej sprzedasz tym więcej zarobisz. Najczęściej dochodzi opcja dodatkowego procenta od sprzedaży osób, które wciągnąłeś do pracy. To ostatnie to tzw. MLM czyli Multi Level Marketing. 

Dlaczego zwykła akwizycja i jej odmiana MLM są złe? Z kilku powodów:

1. Produkty (czasem usługi) sprzedawane tą drogą  nie są konkurencyjne. Gdyby stały na półce w zwykłym sklepie nikt by ich nie kupował, bo stosunek ceny do jakości byłby z kosmosu. Dlatego producent wybiera sprzedaż bezpośrednią, bo wtedy potencjalny klient nie ma możliwości porównania produktu z innymi. Teoretycznie zawsze może się zastanowić, sprawdzić w Internecie jak wygląda konkurencja, w praktyce jednak akwizytor jest szkolony ze stosowania perswazji, żeby klient kupił produkt bez zastanawiania się i porównywania. Osoby pracujące w ten sposób będą oczywiście twierdzić, że to nie tak – że produkt jest wyjątkowy, nie ma swoich odpowiedników w zwykłych sklepach i jest tańszy dzięki temu, że pomija się prowizję hurtowni, sklepu itp. Osobiście miałam do czynienia z wieloma produktami i usługami sprzedawanymi tą drogą i w każdym przypadku ich cena w porównaniu z podobnymi produktami sprzedawanymi w handlu tradycyjnym była bardzo mocno zawyżona, albo wszystkie firmy/producenci prowadzili sprzedaż tą drogą, bo sam produkt lub usługa była dość wątpliwa. Do wyjątków mogłabym zaliczyć właściwie tylko sprzedaż OFE, które i tak było obowiązkowe. 

2. Do tej pracy nadają się jedynie urodzeni sprzedawcy, bez solidnych zasad moralnych, jako że praca ta polega na wciskaniu ludziom chłamu z myślą o własnym zysku. Osoby, które posiadają takie cechy to margines, a i tak ich talent lepiej wykorzystać w inny sposób, choćby w segmencie B2B, gdzie mogą zarobić znacznie więcej. Jeśli więc nie jesteś urodzonym sprzedawcą i do tego nie masz wyrobionego nawyku systematycznej i ciężkiej pracy, to w akwizycji nie zarobisz nic lub zarobisz jedynie na waciki. Ale zanim się zorientujesz, że tych wyników nie masz i mieć nie będziesz, może minąć kilka miesięcy, w czasie których mógłbyś pracować i zarabiać „normalnie”. 

3. Możesz zarobić na waciki, jeśli wykorzystasz swoją rodzinę i znajomych. Firmy tego typu namawiają zresztą początkujących by zaczęli właśnie sprzedaż od najbliższych, bo wiedzą, że tu dochodzi czynnik „pomocy najbliższemu”. Niestety nie każdy będzie chciał tak Ci dać zarobić, za to próbą sprzedaży odstraszysz swoich znajomych. Będą się wymigiwać od spotkań z Tobą, bo nikt nie lubi być namawiany do czegoś czego nie chce i nikt nie lubi odmawiać. Nikt też nie chce słuchać jak w towarzystwie nawijasz o swoich produktach, albo próbujesz namówić innych do pracy z Tobą. 

Taka praca ma sens w jednym przypadku – bierzesz się za sprzedawanie produktu, który kochasz, który jest przedmiotem Twojej pasji i znasz innych pasjonatów, którzy chętnie to od Ciebie kupią. Tylko że takiej pracy nie znajduje się  ogłoszenia, tylko najczęściej sam nawiązujesz kontakt z producentem i często działasz na własną rękę, bez żadnej umowy.

Przedstawiciel handlowy  na prowizji
Przedstawiciel handlowy to zawód, w którym popyt (zapotrzebowanie na pracowników) zdecydowanie przewyższa podaż. Każda firma chce sprzedawać swoje produkty lub usługi sklepom, hurtowniom, lub innym firmom. Od pracy przedstawicieli zależy więc w dużej mierze byt firmy – czy przetrwa, czy będzie w stanie zapłacić swoim pracownikom. Problem w tym, że niewiele osób chce pracować w ten sposób, a jeszcze mniej osób się do tego nadaje. W związku z tym, że tak trudno kogoś znaleźć, firmy powinny się prześcigać w oferowaniu przedstawicielom jak najlepszych warunków pracy. Tylko że w tej pracy liczy się tylko wynik, czyli wielkość sprzedaży, a stała pensja nie jest wystarczającym czynnikiem gwarantującym sukces. Słyszałam dziesiątki takich historii  - małe firmy zatrudniają kilku przedstawicieli na etat plus prowizję, robią im szkolenia,  a po okresie próbnym okazuje się, że żaden nie był w stanie zarobić nawet na benzynę w służbowym samochodzie. Nawet Ci, którzy mieli udokumentowane doświadczenie i wyniki w innej firmie, czyli byli „pewniakami”. Zamiast zarabiać dla firmy generowali tylko straty. Po takich wpadkach małe firmy przechodzą więc często na rozliczanie wyłącznie prowizyjne. To ogranicza straty firm, ale też zmniejsza sensowność takiej pracy dla kandydatów. 

Żeby zarabiać w taki sposób potrzebne są: ogromna samodyscyplina i świetna organizacja pracy do tego, żeby codziennie wykonywać dziesiątki telefonów i jeździć na spotkania, oraz pewne cechy społeczne, takie jak pewność siebie, przebojowość i łatwość nawiązywania kontaktów. Jeśli masz takie cechy to dość łatwo znajdziesz oferty w których prowizja od sprzedaży będzie tylko dodatkiem do wysokiej podstawy. W przeciwnym przypadku lepiej od razu szukaj innej pracy, bo w takiej tylko stracisz czas.

Tajemniczy klient
Kiedyś słyszałam o osobie, która w dwa miesiące zarobiła kilka tysięcy złotych nocując w hotelach, które poddawała ocenie. Tylko że to jedyny tego typu przypadek i do tego trwał krótko. Jeśli sądzisz, że na badaniach tajemniczego klienta zarobisz więcej niż 100 – 200 zł miesięcznie, to się mylisz. Za ocenę jednego sklepu lub punktu usługowego dostaniesz przeważnie około 20 zł. Ale nie dostaniesz tych badań więcej niż kilka miesięcznie, nawet jeśli zarejestrujesz się w bazach wszystkich firm, które je robią. Więcej mógłbyś zarobić tylko w dwóch przypadkach.
Pierwszy wariant to pracowanie jednocześnie jako ankieter. Wiele firm badawczych zleca takie badania wyłącznie współpracującym stale ankieterom. Często jest to forma prezentu. Robisz dla nas dużo ankiet, to masz tu „tajemniczego” w restauracji – zjesz sobie obiad za darmo. Co prawda tak też nie zarobisz wiele, bo firmy takich badań mają ogólnie mało, ale przynajmniej możesz dostać te najlepsze.

Drugi wariant (który też będzie prostszy w realizacji jeśli spełniasz punkt pierwszy) to dogadanie się z firmą tak, żeby zdobyć badania np. w całym województwie, gdzie płacona będzie kilometrówka, a sam jednocześnie ograniczysz swoje koszty podróży jeżdżąc np. stopem. Mało to fajne i bezpieczne, ale da się zarobić. Tylko że to też jednorazowe zlecenia – tajemniczy klient nigdy nie będzie stałym zajęciem, choćby dlatego, że szybko zacznie być rozpoznawany przez pracowników kontrolowanych punktów.

Pisanie tekstów
Chodzi zarówno o pisanie tzw. „precli” jak i artykułów do różnych portali internetowych. Praca wydawałoby się – łatwa i przyjemna. Stawki, jakie oferuje zdecydowana większość zleceniodawców są naprawdę żałosne. Zarobienie kilku zł za godzinę to wyczyn i to przy założeniu, że się stuka w klawisze cały czas. To praca samodzielna, w domu, gdzie dobra organizacja i samodyscyplina to podstawa. Konieczne jest też lekkie pióro, ale to podobno nie wystarcza, bo szybko nadchodzi znużenie i „pusta głowa”. W związku z żenującymi stawkami rotacja jest tu nieustanna, a pracę podejmują głównie studenci. 

Ankiety on-line
Wydaje się oczywiste, że to nie jest praca, jednak jak się przekonałam nie dla każdego. Pomijam to, że panele, w których można dostać pieniądze a nie tylko punkty wymieniane na tandetne nagrody, lub wspomaganie różnych fundacji, są rzadkością. Ale nawet zakładając, że zapiszesz się do wszystkich paneli, które płacą żywą gotówkę… to jeśli zarobisz więcej niż 100 zł po poł roku wypełniania ankiet, pogratuluję szczerze. Bo będziesz pewnie jedyną osobą, która tego dokonała ;-).

Zdaję sobie sprawę z tego, że znajdą się osoby, które stwierdzą, że np. MLM jest dobry i sam zarabia dużo, albo że ktoś pisze teksty i też zarabia nieźle. Odpowiadam już teraz: wyjątki są wszędzie, ale te wyjątki tylko potwierdzają regułę. O ile to faktycznie wyjątki, bo wielu ludzi tkwiąc w takiej mało fajnej pracy oszukuje samych siebie.

Foto: https://unsplash.com/
#praca  
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Słoneczny kac

Wpisałam takie hasło (i kilka pokrewnych) w Google, ale wszystkie wyniki dotyczyły kaca spowodowanego alkoholem, a słońce było tam przy okazji. 

A mi chodzi o efekt który przypomina może nie tyle kac, co lekkie zmęczenie po niezbyt dużej ilości alkoholu. Uczucie, które może się pojawić po wypiciu dwóch piw w knajpie i wyjściu po nich na spacer. 
Lekkie szumienie w głowie, oczy przyzwyczajone do ciemnej knajpy lekko pieką lub łzawią na słońcu, ogólnie ma się ochotę gdzieś poleżeć... na pewno nie pracować. 

Chodzi o taki mniej więcej efekt, tylko że będący wynikiem nie picia alkoholu, tylko długiego przebywania na słońcu i powietrzu. Doświadczam tego zarówno zimą, jak i latem. Wystarczy, że wyjdę na kilka godzin - na spacer, na rower, czy choćby na piknik na trawie. Po powrocie czuję objawy opisane wyżej. Czasem wyraźne, czasem prawie niezauważalne. 

Nie wiem z czym je łączyć - czy z nadmiarem słońca, czy z męczącym wiatrem, czy może z samym powietrzem na zewnątrz i tym czym oddycham (np. więcej spalin niż w domu?).

W niczym mi to nie przeszkadza, a z pewnością nie powoduje, że częściej siedzę w domu zamiast wychodzić na słońce. Jednym słowem - da się z tym żyć ;-). 

Ciekawi mnie tylko skąd się to bierze – co jest przyczyną, oraz czy inni ludzie też zauważają podobne zjawisko.

A więc: też tak macie? A jeśli tak, to czym Waszym zdaniem jest to spowodowane? 

Foto: http://goo.gl/WqSTlK
http://www.psychostat.pl/2015/04/soneczny-kac.html

#słońce   #zdrowie  
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
G-plusowe buble.
Chodzi o pojawiające się dość często błędy w działaniu serwisu. Nie takie systemowe i zamierzone tylko losowe.

Często pojawiają się dramatyczne wpisy przerażonych użytkowników z pytaniami „co się stało i co robić?”. Odpowiedź jest prawie zawsze ta sama. To tylko bug, błąd ze strony G-plusa, a jedyną opcją jest przeczekać. Maksymalnie w ciągu 24 godzin, a przeważnie znacznie szybciej wszystko wraca do normy. Ale są pewne dotkliwe wyjątki.
Najczęściej pojawiające się błędy to:

1. Wyczerpanie strumienia. Po kilku lub kilkudziesięciu wpisach nie da się zjechać niżej. Starsze wpisy się nie ładują. Zazwyczaj wystarczy chwilę poczekać i odświeżyć stronę. W aplikacji mobilnej nie ma takiego problemu.

2. Znikająca aktywność związana z wpisem. Informacja o osobach, które dały plusa lub skomentowały wpis pojawia się wybiórczo. Tzn. pokazuje np. tylko kilka osób zamiast kilkudziesięciu. Za to suma raczej się zgadza. Ten błąd jest bardziej trwały, tzn. nie naprawia się po odświeżeniu. Może po dłuższym czasie wraca do normy – nie wiem, nie sprawdziłam. Podobnie jednak jak w przypadku błędu pierwszego, w aplikacji mobilnej problem nie występuje, więc jeśli ktoś chce koniecznie sprawdzić plusujących, to wystarczy sobie odpalić telefon. 

3. Szalejące powiadomienia. A właściwie ich brak. W aplikacji mobilnej trzeba sobie samodzielnie kliknąć powiadomienia, żeby się pokazały, w przeglądarce rzadziej, ale też się to zdarza. Powiadomienia dochodzące z opóźnieniem (czasem kilkugodzinnym) to właściwie norma. W przypadku dłuższych dyskusji pod wpisem powiadomienia też przestają przychodzić, choć to prawdopodobnie zamierzone rozwiązanie. 

4. Znikający ludzie z kręgów. To najbardziej dotkliwy błąd, bo nie naprawia się sam, a jednocześnie trudno go wychwycić. Mieliśmy kogoś w kręgach, czytaliśmy, komentowaliśmy i nagle jego wpisy przestają się pojawiać. O ile czyjąś aktywność łatwo zauważyć, o tyle już brak tej aktywności zauważalny nie jest – o ile nie była to dla nas szczególnie ważna osoba. Przeważnie odkrywa się to zupełnie przypadkowo. Jak np. ja dzisiaj, gdy weszłam w kartę „osoby” i zobaczyłam, że Google Plus poleca mi osobę, której z kręgów nigdy nie usuwałam, ale jak się okazało nie ma jej w nich. Bardzo rzadko, ale zdarzają się również przypadki, że znikają wszystkie kontakty z kręgów. To jest jeszcze bardziej dotkliwe, ale przynajmniej zauważalne ;-). Żeby się przed tym uchronić można zrobić coś w rodzaju kopii zapasowej kręgów udostępniając je sobie prywatnie. 

Coś pominęłam? :)

#googleplus  
Foto rudzielca dla odmiany: http://catasters.tumblr.com/post/95868247118/this-is-the-height-of-laziness
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Praca ze słońcem
Gdy słońce świeci bezpośrednio przez okno, to jest dobrze. Pokój jest rozświetlony, wydaje się radosny, praca jest lekka i przyjemna.

Jeśli jednak słońce jest po innej stronie – np. okno jest od wschodu, a słońce naparza właśnie z południa, to efekt jest fatalny. Wydaje się wtedy, że pomieszczenie, w którym siedzimy jest ciemne i ponure, bo kontrastuje ze słonecznym widokiem za oknem. Jest brzydko i źle, a pracę rozpraszają myśli o wydostaniu się z tych murów i wystawieniu twarzy do słońca. 

To już lepiej pracuje się, mimo że nastrój wtedy raczej depresyjny, gdy jest zimno i pochmurno lub gdy pada deszcz.

Postanowiłam zmienić konstelację światła, żeby jak najdłużej pracować w słońcu.

Rano do g. 9 moje miejsce pracy jest ładnie oświetlone, tylko że to zdecydowanie za krótko. Byłoby fajnie wprowadzić 4-godzinny dzień pracy – od 5 do 9, ale tę fantazję mogę od razu wyrzucić do kosza ;-). Urządzenie drugiego stanowiska pracy w kuchni (z oknem od południa) też mi nie pasuje. 

Opcja pracy na zewnątrz wydawała się najlepsza. W końcu po to się m.in. przeprowadziłam żeby mieć ogród i wykorzystywać go w tym celu. Nabyłam więc śliczny leżak, wystawiłam na taras i rozłożyłam się na nim z laptopem, grzejąc się w pierwszych promieniach słońca.

Brzmi wręcz idealnie… rzeczywistość jest jednak brutalna. Po pierwsze słońce. Ogrzewa, to akurat dobrze, bo za ciepło nie jest, ale też oślepia. Nie można usiąść w cieniu, bo natychmiast zrobi się zimno (i taki stan utrzyma się jeszcze z dwa miesiące). Trzeba siedzieć centralnie w słońcu, ale wtedy pozostaje ciągłe mrużenie oczu i do tego kombinacje alpejskie z ustawieniem laptopa w taki sposób, żeby zobaczyć na nim coś więcej niż własne odbicie.

Do tego wiatr. Mimo związanych włosów, ciągle mi coś fruwało wokół oczu. Na zewnątrz jest też głośniej. Słychać ptaki (fajnie) i samochody (mniej fajnie), ale w przypadku pracy z telefonem to właśnie wiatr tworzy największy hałas, co jednak trochę przeszkadza. Może trafiłam na halny i za parę dni będzie cicho… zobaczymy.

Ostatni element wykluczający aktualnie pracę na zewnątrz to już wyłącznie moja wina. Okazało się, że mój ulubiony leżak nadaje się do czytania książki lub robienia czegoś z telefonem, ale nie do pracy na laptopie. Pozycja półsiedząca lub leżąca kompletnie się nie sprawdza. Potrzebuję zwykłego krzesła i zwykłego stolika, na którym lapka mogę położyć. 

Chwilowo rezygnuję więc z pracy na dworze, ale nie rezygnuję z czytania tam książek. Z pracą poczekam na cieplejsze dni, żeby móc pracować w cieniu (w międzyczasie zorganizuję sobie siedzące stanowisko pracy), a teraz chyba jednak rozważę przerobienie stołu kuchennego na biurko ;-).

Mimo wszystko polecam spróbowanie pracy na zewnątrz, a na pewno polecam pracę w pokojach z oknami na wschód i południe ;-).

Foto: http://spontaniczna.soup.io/post/321359987/Image
http://www.psychostat.pl/2015/03/praca-ze-soncem.html
#praca   #słońce  
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Szczęśliwi etatowcy
Przy okazji wizyty w rodzinnych stronach nasłuchałam się trochę historii o dawnych znajomych i sąsiadach. Najczęstszy scenariusz to:
„Ten się ożenił z tą, wziął kredyt na dom, wybudował się tu i pracuje tam dojeżdżając codziennie 60 km”. Wariantowo, jeśli ktoś ma pracę trochę bliżej, to żeby było sprawiedliwie pracuje w rzeczywistości po 10 godzin, bo 2 godziny to tzw. obowiązkowy lunch.

Ja wiem, małe miasteczko, to ciężko o pracę na miejscu. Cały czas kołatało mi się jednak po głowie „ale jak to”? Jak można pracować  5, czasem 6 dni w tygodniu, po 10 godzin dziennie z dojazdami, a do 12 godzin w przypadku korków (które nie są takie rzadkie). Jak długo można to wytrzymać?

Jak wiele można poświęcić, dla tych przeważnie jednak mizernych zarobków (bo między 1500 a 3000 na rękę),  możliwości wzięcia kredytu na dom, iluzorycznego zabezpieczenia przyszłości w postaci państwowej emerytury oraz teoretycznej stabilności zatrudnienia? Wygląda na to, że wiele…
A może to nie jest wybór, tylko konieczność? Bo nie da się w tym mieście zarobić inaczej?

Przygnębiło mnie to co usłyszałam. Przez wiele lat żyłam w dużym mieście, za znajomych mając osoby, które albo mają własne firmy, albo pracują na tzw. śmieciówkach (może to specyfika „mojej” branży), najczęściej jednak z komfortem pracy w domu lub przynajmniej z dużą swobodą dysponowania swoim czasem. Niby wiedziałam, że większość ludzi pracuje inaczej, ale teraz dotarło do mnie, że to „inaczej” to norma. 

Pierwszym odruchem było współczucie dla tych wszystkich spędzających całe swoje życie w pracy. Potem jednak uświadomiłam sobie, że Ci ludzie są z tego powodu szczęśliwi. Są dumni z tego, że mają „dobrą” pracę, mogli wziąć kredyt i cieszą się z wolnych weekendów, w czasie których urządzają dom.

Ps. Wiem, że nie wszędzie tak to wygląda i nie każdy ma pracę, do której musi dojeżdżać. Mówię tylko o tym, co zobaczyłam (a właściwie usłyszałam) w moim rodzinnym małym mieście, oddalonym od dużego o 60 km.

Foto: http://www.psychostat.pl/2015/03/szczesliwi-etatowcy.html
http://www.psychostat.pl/2015/03/szczesliwi-etatowcy.html
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Nie chcę, czyli to samo, ale inaczej

Nie chcę się nauczyć grać na pianinie – wystarczy mi słuchanie mistrzów fortepianu.

Nie chcę być szefem wielkiej firmy, nie chcę też mieć zajebistej pracy, do której musiałabym codziennie chodzić lub dojeżdżać  – wolę pracować w domu/ogrodzie godząc się na dużo niższe zarobki, ale w komfortowych warunkach i mając więcej czasu dla siebie.

Nie chcę mieć zajebistego, jędrnego ciała – wolę cieszyć się spokojną jazdą na rowerze, wtedy gdy jest ciepło, a przy paskudnej pogodzie cieszyć się książką w fotelu zamiast myśleć, że znowu zawaliłam trening.

Nie chcę zwiedzać świata – do szczęścia i wypoczynku wystarczy mi kawałek ogrodu, rower na przejażdżki po okolicy i książki.

Nie chcę być pisarką – gdy będę chciała coś napisać, mogę to zrobić tutaj. Jeśli nie będę chciała - odpuszczę. Nic na siłę.

Powtarzam się, wiem, ale to ważne. Ważne, żeby wiedzieć czego się naprawdę pragnie i robić właśnie to, dążyć do spełnienia tego pragnienia.
W ciągu ostatnich lat robiłam różne rzeczy. Ale gdy zastanowiłam się, w których momentach czułam się najbardziej szczęśliwa, to pojawiał się głównie jeden obraz – nie spotkania z ludźmi, nie imprezy, nie gry i nie praca, tylko słońce, trawa, koc i książka. Czyli piknikowanie. No i momenty spędzane z mężczyzną, najlepiej również na piknikach ;-)
.
Życie jest krótkie. Warto więc je wykorzystać tak, by cieszyć się nim już teraz. Nie za rok lub dwadzieścia, po spełnieniu tych wszystkich marzeń, tylko już teraz.

Wiedząc czego tak naprawdę nie chcę, moja głowa staje się lżejsza o te pragnienia, przestaje mi o nich co chwilę przypominać, jednocześnie stresując tym, że wcale się do ich spełnienia nie przybliżam. Usunięcie niepotrzebnych pragnień pozwala się za to skupić na tych rzeczach, które są istotne dla poprawy jakości życia tu i teraz. 

Foto: http://teacoffeebooks.tumblr.com/post/108978190211
http://www.psychostat.pl/2015/03/nie-chce-czyli-to-samo-ale-inaczej.html
#życie   #szczęście   #pragnienia  
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Chciałabym

Chciałabym umieć grać na pianinie. Taki Jarrett potrafi na nim wyczarować cuda. 

Nie chciałabym jednak zmuszać się do grania codziennie, nawet wtedy, gdy czuję się fatalnie, gdy bolą mnie palce. Nie chciałabym słuchać ciągłego poprawiania mnie przez nauczyciela muzyki i bycia ciągle gonioną przez rodziców do ćwiczeń i do grania na niedzielnych rodzinnych spędach. 

Nie chciałabym siadać kolejny dzień z rzędu przed opatrzonym instrumentem, mając do wyboru obejrzenie filmu, przeczytanie książki, imprezę ze znajomymi albo zabawy łóżkowe z ukochanym.

Umiejętność grania nie przychodzi łatwo i nie ma prostej linii w górę. Są sukcesy, małe i większe, ale po drodze jest też masa upadków. I wkurzenie, że mimo tylu poświęconych godzin nie wychodzi to tak jakbym chciała. Do tego ogromna chęć, prawie nieustanna chęć, pierdolnięcia tym graniem i bezstresowego wyjścia na piwo.

Idea grania na pianinie jest fajna, ale tylko gdy się patrzy na jedną stronę medalu. Ja jednak nie chcę grać na tym pianinie na tyle, żeby być gotową na takie wyrzeczenia i cierpienia.

Fortepian to tylko przykład, niezbyt zresztą popularny. Najczęściej ludzie chcą być szczuplejsi, mieć lepszą pracę, więcej pieniędzy itp. Ale za każdym razem mechanizm jest ten sam. 

Chciałabym być prezesem firmy i zarabiać kokosy, ale nie chciałabym przez wiele lat rezygnować z urlopu, pracować po kilkanaście godzin dziennie, żyć w ciągłym stresie związanym z zawalaniem terminów przez pracowników, z opóźnionymi płatnościami od klientów, użerać się z papierkową robotą i mieć na karku kontrolerów skarbowych. W efekcie tak ciężkiej pracy, po wielu latach będzie mnie pewnie stać na wszystko i będę mieć w końcu wolny czas. Tylko czy zanim do tego dojdzie, nie poddam się i nie rzucę firmy w cholerę? Czy stres nie zrujnuje w międzyczasie mojego zdrowia?

Chciałabym być wysportowana i w dobrej kondycji, ale nie chcę zrywać się każdego ranka i biegać w deszczu i na mrozie. Biegać z zakwasami, bólem i gdy kompletnie nie mam na to ochoty. 
Tak naprawdę nie chcę więc grać na pianinie, nie chcę być prezesem firmy, a nad chęcią posiadania wysportowanego ciała muszę się naprawdę dobrze zastanowić. 

Mierz siły na zamiary. I na fantazje też.

To teraz coś do osób, którym się udało dotrzeć aż tutaj. Poprzedni wpis wydawał mi się jednym z najnudniejszych moich wpisów, a wyszło na to, że paru osobom się spodobał. Czytacie czasem to co tu produkuję, chciałabym się więc dowiedzieć, jakie treści czytacie/przeczytalibyście najchętniej. Jakiś konkret typu wyniki badań? Czy coś o G+/Facebooku, czy może kompletnie coś innego?

http://www.psychostat.pl/2015/03/chciaabym.html
Foto: http://www.hisakosakurai.com/portfolio/window.html

#życie   #praca  
Zdjęcie

Wpis zawiera załącznik
Czy Google+ żyje?
Żyje. Strumień mam tak samo wartki jak na Facebooku. Niestety komentarzy pod wpisami jest tu znacznie mniej niż u niebieskiego konkurenta, a burzliwe kiedyś dyskusje, liczące po kilkaset komentarzy, są obecnie spotykane rzadziej niż jednorożce. 

Co się stało, że się zjebało? Mam na ten temat kilka teorii:

1. Brak świeżej krwi
Kisimy się we własnym sosie. Mamy pododawane te same osoby, w końcu kiedyś je sobie polecaliśmy – indywidualnie lub udostępniając całe kręgi. Powiedzieliśmy sobie już wszystko, co było do powiedzenia. Na temat feminizmu, religii, polityki, gospodarki, szkolnictwa, narkotyków i aborcji. Jeśli jakiś temat nas interesował, to zakomunikowaliśmy swoje przekonania wszystkim dookoła. Wiemy też co na ten temat myślą inni. Dyskusja na takie tematy staje się bezcelowa. To już  ciekawsza będzie rozmowa o kolorze kupowanych krzeseł albo padającym dzisiaj śniegu. Bo o dzisiejszej pogodzie jeszcze nie rozmawialiśmy ;-). I pod takimi wpisami widać komentarze. Tylko o zażartą dyskusję ciężko, bo jak można się kłócić na temat śniegu?
Nowi dyskutanci wprowadziliby powiew świeżości, ale skąd mają się wziąć, jeśli przestaliśmy sobie ich polecać? Jak nowe osoby na G+ miałyby odkryć aktywnych plusowiczów, jeśli ciężko trafić na udostępniane gdzieś kręgi? Może warto przygotować zgrabną paczuszkę najbardziej aktywnych polskich użytkowników i wypromować ją tak, by trafiła do Na Topie?

2. Rozproszenie dyskusji na grupy
Powstanie społeczności na G+ było ciekawym pomysłem, ale czy nie spowodowało rozproszenia możliwych miejsc do dyskusji? Kiedyś wystarczyło mieć daną osobę w kręgach, żeby ją czytać i komentować jej wpisy. Teraz trzeba mieć jeszcze pododawane grupy, w których ta osoba jest, bo często pisze nie „u siebie” w profilu, tylko na grupach. Teoretycznie grupy tematyczne zbierają osoby o podobnych zainteresowaniach, ale w takich społecznościach często podejście do tematu będzie podobne, a tym samym szanse na gorącą dyskusję mniejsze. Puszczenie mema o kościele w grupie „ateizm” przyniesie parę plusów i poklepanie się po plecach, ale tylko trafienie z nim do osób wierzących (czyli publiczny wpis) wywoła zażartą dyskusję. Z grupami jest też ten problem, że przynajmniej w tych otwartych publikują osoby kompletnie przypadkowe, co powoduje zalew spamu. Nie każdy chce się więc do grup zapisywać, przez co dyskusje w społecznościach są jeszcze rzadsze. Poza tym niektóre grupy są zamknięte, a słaba wyszukiwarka powoduje, że napływ nowych osób w społecznościach (zarówno otwartych jak i zamkniętych) jest również mocno ograniczony. 

3. Blokowanie
Możliwość blokowania wybranych osób to genialny wynalazek, ale ma też swoje efekty uboczne w postaci ograniczenia dyskusji. Dlaczego? Bo dyskusje pojawiają się wtedy, gdy się z kimś nie zgadzamy. Często jednak osób, z którymi się nie zgadzamy, również nie lubimy i nie chcemy czytać. A zablokować je tak łatwo. Wtedy dookoła pozostają tylko Ci poklepujący po ramieniu. Robi się miło, ale szybko zaczyna być nudno. Coś za coś. Może lepiej gdy Google+ pozwala się odprężyć w sympatycznym gronie, zamiast dodatkowo denerwować udziałem w dyskusjach, które niczego nie zmieniają, poza podniesieniem ciśnienia? ;-)

Czy jest jakiś sposób na pobudzenie użytkowników G+? Moim zdaniem nie ma. Nie ma sensu namawiać ludzi do dyskutowania. Narzędzie jest, a to jak je wykorzystujemy zależy od indywidualnych preferencji.
Ja wybieram pogodę. Ładną i słoneczną, a nie taką jak dzisiaj ;-).

#googleplus  
Foto: http://ole1960.tumblr.com/
Zdjęcie
Poczekaj na wczytanie kolejnych wpisów